wtorek, 3 czerwca 2014

Czy można żyć 150 lat? Michał Tombak | Recenzja książki

Czy można żyć 150 lat? Michał Tombak | Recenzja książki
W poszukiwaniu Świętego Graala długowieczności...

Nieustanne dążenie do młodości i zachowania urody popycha ludzi w kierunku poszukiwania alternatywnych, lepszych i efektywniejszych metod przedłużenia życia, uniknięcia zmarszczek itd. Chcielibyśmy (tak z góry zakładam) żyć jak najdłużej i cieszyć się dobrą jakością tego życia. Dzisiejszy średni wiek, jakiego dożywają ludzie jest zatrważająco niski i o ile nie chodzi tutaj o konkretne liczby, to wydaje mi się, że jakie by one nie były, nam ciągle będzie mało. Tacy już jesteśmy jako gatunek, zachłanni, nienasyceni. I dobrze, bo wola życia jest jednym z najpiękniejszych uczuć, które mogą nam się przytrafić. Książką "Czy można żyć 150 lat?" to odpowiedź na to, co tak naprawdę może osiągnąć ludzki organizm.

Zagadnienie długowieczności fascynuje niemalże od zawsze, gdyby ktoś dzisiaj ogłosił, że wynalazł eliksir młodości, to śmiem twierdzić, że byłby to najbardziej chodliwy produkt na całej kuli ziemskiej i nie miałoby znaczenia w jakiej cenie by go zaoferowali. Skuszona refleksją na temat ludzkiego życia postanowiłam liznąć coś w tej materii i tak wpadła w moje ręce książka Michała Tombaka "Czy można żyć 150 lat?". Przyznacie, że już sama hipoteza (o ile możemy tak nazwać to pytanie) jest bardzo śmiała. Wielu ludzi modli się, ażeby chociaż emerytury dożyć a tu ktoś podaje, że możliwe jest choćby dywagowanie nad stu pięćdziesięcioletnim czasem ludzkiego życia. Nieprawdopodobne....

Czy można żyć 150 lat?

Czy można żyć 150 lat? - Michał Tombak

Wydawnictwo: Galaktyka
Stron: 285

Michał Tombak w niektórych środowiskach uważany jest za autorytet i trzeba przyznać, w swoim życiu wykonał kawał dobrej roboty. Czy jednak powyższa książka mu się udała? Spróbuję się nad tym zastanowić. Przede wszystkim pominę kwestię okładki czy jakości wydania, jak wygląda lico książki każdy widzi a sposób, w jaki skonstruował ją wydawca jest jak zawsze sprawą dyskusyjną. Nie to mnie interesuje, czytając skupiałam się na całkiem innych aspektach. Przede wszystkim ciekawiła mnie faktyczna zawartość, złote rady, które sprawią, że Kinga będzie pisała tego bloga nawet w wieku 150 lat.

Czy tak się jednak stanie? Nie wiem i wątpię, żebym kiedykolwiek postanowiła żyć wedle zasad Tombaka. Oczywiście w książce znajdujemy wiele cenny rad dotyczących żywienia, ale tak na dobrą sprawę autor zaleca nam, aby 1/3 naszego życia była głodówką! No sorry memory, ale ja kocham jeść i nie mam zamiaru rezygnować z rozkoszy podniebienia. Oczywiście dopuszczam w swoim światopoglądzie ideę głodówki jako takiej, ale bardziej w sensie krótkotrwałym, okazyjnym. Ciągle chodzić głodna to ja nie mam zamiaru.

Kiedy już założyłam z góry, że dzięki postowi proponowanemu przez Tombaka nie przedłużę swojego życia, postanowiłam szukać innych, wartościowych wskazówek. Czytałam, rozważałam, a jako, że jestem dyplomowanym żywieniowcem, to pewne kwestie okazały się mocno targnąć podstawami mojej wiedzy.

Mało kto wie, że u dorosłej osoby w jelicie grubym znajduje się od 8 do 15 kg kamieni kałowych, które człowiek nosi przez całe życie.
I tutaj szok. Biorąc pod uwagę, że moja waga wynosi 53 kg a mogę nosić w sobie te 15 kg kamieni kałowych, to okazuje się, że jestem skrajną anorektyczką o wadze 38 kg - no przecież reszta to gówno :) Tutaj autor mocno się zagalopował.Co prawda kamienie kałowe są obecne w naszych organizmach, ale na litość boską nie w ilości 8 a co dopiero 15 kg!

Wnikliwie studiując książkę Czy można żyć 150 lat? nasuwa się nam jasne spostrzeżenie: całość nie trzyma się kupy. Wydaje się, że wiele z "naukowych badań" to tylko słowa rzucane na wiatr, na potwierdzenie których nie istnieją żadne dowody. Co prawda jestem fanką naturalnej medycyny, alternatywnych sposobów na dosłownie wszystko, ale częstowana wiedzą pana Tombaka czuje przesyt.

Oczywiście książka dostarcza nam też cennych spostrzeżeń:
Nasuwa się jasny wniosek: należy jak najszybciej pozbyć się negatywnych myśli – to droga nie tylko do zdrowia psychicznego, ale również i fizycznego. Każdy człowiek powinien ciągle wypracowywać w sobie umiejętność szczęśliwego życia. Jest to coś, czego bardzo ciężko się nauczyć. Każdy musi dokonać tego sam.
Naukowo stwierdzono, że racjonalnie odżywiając się możemy przedłużyć nasze życie o 10-20 lat, natomiast prawidłowo oddychając o 30-40. W Chinach choroby nowotworowe są spotykane znacznie rzadziej niż w innych rejonach.
Nie mogę powiedzieć, że publikacja sama w sobie jest zła, ale traktuje ją z dystansem, szczerze powiedziawszy pewna byłam tylko i wyłącznie tych informacji, które znałam już wcześniej. Dywagacje natomiast podciągam pod niestwierdzone bądź też stwierdzone za pomocą efektu placebo oddziaływania, których nie widzi mi się testować. Może nie będę żyła 150 lat, trudno, te 125, które sobie kiedyś założyłam w zupełności mi wystarczy. Co do jednego natomiast jestem pewna: życie moje spędzę przy pełnym talerzu, nie o wodzie i sucharach.

Ciekawi mnie co Wy możecie powiedzieć na temat tej książki? Czy stosowaliście się kiedyś do takich albo podobnych zasad i jaki miało to dla was skutek? Cenicie alternatywną medycynę, czy skłaniacie się bardziej w kierunku tej znanej, akademickiej?


niedziela, 4 maja 2014

Piękne okładki - faktyczny wyznacznik wartosci książki, czy chwyt marketingowy?

Piękne okładki - faktyczny wyznacznik wartosci książki, czy chwyt marketingowy?
Na pytanie zadane w dzisiejszym tytule wpisu właściwie mogłabym odpowiedzieć krótko - wersja nr 2. Niestety nie w moim stylu jest pójście na łatwiznę, dlatego postaram się ten temat trochę poroztrząsać. Okładka książki jak wiemy jest jest licem, twarzą i wizytówką. To ona przyciąga wzrok, to ona musi się wybić, żeby została dostrzeżona. Czy musi być więc piękna? Piękne okładki książek z pewnością sprawiają, że książka zostaje zauważona, ale czy tylko to?

Okazuje się, że tak. Musi być fenomenalna, bo my ludzie w przeważającej części jesteśmy wzrokowcami. Wierzymy w to, co widzimy, a kiedy rzuca nam się w oczy obrazek podobny do poniższego, to praktycznie popuszczamy z zachwytu.

Piękne okładki






Tacy już jesteśmy jako gatunek, zachłanni, nienasyceni. I dobrze, bo wola życia jest jednym z najpiękniejszych uczuć, które mogą nam się przytrafić.Wydawcy spinają się jak mogą, żeby zapewnić swoim książkom piękne okładki. Przecież wchodząc do biblioteki czy też księgarni, nasze oczy momentalnie wędrują na te pozycje, które przykuwają uwagę. Piękna okładka książki to taki schemat wartości. W dzisiejszych czasach lubiane i doceniane jest to, co ładne. Ludzie atrakcyjni są postrzegani, jako mądrzejsi, lepsi i bardziej wartościowi niż ich mniej urodziwi znajomi. Nauczyliśmy się, że kiedy coś jest szczególnie ładne, to przypisujemy temu czemuś z góry większą wartość.

Jak oceniamy książki? Po okładce?

Czy możemy więc przyjąć, że jeśli okładka będzie intrygująca, to i zawartość okaże się najwyższych lotów? Nie! Nie oceniaj książki po okładce! Powiedzenie stare jak świat, ale ciągle aktualne a teraz wydawać by się mogło, że nawet na czasie. Ileż jest fantastycznych książek, które nie biją po oczach kolorami? Stonowanych, spokojnych, oprawionym można by powiedzieć nawet skromnie, bez zbytniej nachalności. Niektóre są nawet za skromne, widocznie graficy olali temat i postawili na faktyczną zawartość :)

Marketing rządzi się swoimi prawami. Pod jego wpływem można kupić książkę tylko dlatego, że cudownie będzie się prezentowała na półce. Co z tego, że jej nigdy nie przeczytamy, niech goście widzą, jakie to cuda mamy. Mnie również ciągnie do pięknych okładek, cóż, jestem tylko kobietą i jak każda baba ma w sobie coś ze sroki - ja też mam. Natomiast w obronie przed tym poddawaniem się wizualnej stronie staram się patrzeć na okładki krytycznie. I co widzę? Mam wrażenie, że wszystkie są takie same, tworzone na jedno kopyto. Kolorowe, z widocznym motywem przewodnim i ozdobną dużą czcionką. Każda traktuje o czym innym, każda inaczej wygląda, ale w konsekwencji zlewają się w jeden i ten sam schemat - schemat oddziaływania na potencjalnego czytelnika. Wytwarzają aurę tajemniczości, wartości i zmuszają, żeby po nie sięgnąć.

Gdzieś kiedyś widziałam zestawienie najpiękniejszych książkowych okładek. Ludzie zamieszczali zdjęcia jedno pod drugim i w tym natłoku dało się popaść w oczopląs. Okładka jest w tych czasach taka ważna, jest prawie jak makijaż - można pod nią ukryć brzydką mordę albo wadę wymowy. Nikt przecież nie zwróci uwagi na takie mankamenty, kiedy oczom ukazuje się taki niebiański widok.

Ciekawa jestem jak wy podchodzicie do kwestii okładek? Czy są one dla was ważne, czy w pewnym sensie stanowią o wartości książki? A jeśli tak, to jaki procent waszej opinii o danym dziele stanowi kwestia okładki?

Książki o nudnych, brzydkich obwolutach są pomijane jak bezpańskie psy. Odchodzą w zapomnienie, wyszły z mody, nie wpasowują się w trendy i co z tego, że pod zniszczoną, starą okładką tkwi czcigodny epos. Stare książki mają swój urok, nawet, kiedy wyglądają niespecjalnie. W czasach, kiedy je wydano nie było speców od marketingu, nikt nie próbował na siłę sprzedać opakowania. Dziś to od niego się zaczyna. Przewrotne mamy czasy, niby postępowe, a takie przewidywalne...

niedziela, 16 marca 2014

Umrzeć w deszczu - Aleksander Sowa | Recenzja książki

Umrzeć w deszczu - Aleksander Sowa | Recenzja książki
Chyba mam serce z kamienia, najsmutniejsza książka, jaką przeczytałam nie smuci mnie...

W tak deszczowy i pochmurny dzień jak dzisiaj, trafnym będzie przedstawienie książki "Umrzeć w deszczu" autorstwa Aleksandra Sowy. Książkę mam u siebie już jakiś czas, czytanie zaczęłam około miesiąca temu, ale natłok obowiązków i początkowy brak efektu "wow" spowodował, że na skończenie musiała poczekać do dnia dzisiejszego.



Umrzeć w deszczu - Aleksander Sowa

Wydawnictwo: Poligraf
Stron: 142

Książkę otrzymałam od autora i zawsze coś takiego jest w tych recenzjach, na które ktoś oczekuje, że z jednej strony chcemy wyrazić swoje prawdziwe zdanie a z drugiej zdajemy sobie sprawę, że błędy, jakie wytkniemy, mogą takiemu twórcy sprawić przykrość. Niemniej jednak ocena zgodna z własnym poglądem i sumieniem wydaje się być jedyną, właściwą drogą, którą taki recenzujący powinien przyjąć. Tak też mam zamiar postąpić. Niestety nie będę się zachwycać.

Po przeczytaniu Zauroczenia, napisanego przez tegoż autora, byłam wniebowzięta, zresztą moją opinię możecie zobaczyć tutaj - Zauroczenie. W tym przypadku jednak autor nie trafił w mój gust. Co do oprawy graficznej, jest taka hmm... jakby to powiedzieć, no nieciekawa. Nie wiem co jest nie tak z okładką, ale mnie się nie podoba. Niestety korekta też pozostawia wiele do życzenia, zdarzają się literówki lub stylistyka taka jak w poniższym fragmencie:


Po krótkim uniesieniu znów wróciła do nas wojna. Opatrywała rannych, a ja pomagałem ich nosić.

Kto opatrywał rannych? Wojna? No ja niestety tak to zrozumiałam.

Pierwszy nie dobiegł, bo zastrzelili mu konia, zaraz jak tylko wybiegł.

Mało maślane, ale brzmi śmiesznie :)

Tytułowy bohater, Artur Sadovski zostaje sławnym fotografem i trafia na Bałkany, by poprzez swoje zdjęcia przekazywać światu prawdę o wojnie. Gościu ma pecha, jest bardzo kochliwy, ale jego szczęście nie trwa długo, każda kolejna kobieta go opuszcza. Książka rozpoczyna się w momencie, kiedy bohater wzywa do siebie młodą dziennikarkę i opowiada jej historię swojego życia. Tuż po tej swoistej spowiedzi ma zamiar popełnić samobójstwo. Dziennikarka słucha i nagrywa jego słowa a my przenosimy się wraz z Arturem do okupowanego miasta, które płonie i wybucha ogniem granatów. Fotograf  nie ma łatwego życia, wydaje się, że ciąży nad nim fatum...

Plusy i minusy książki "Umrzeć w deszczu"

Początek książki jest niczego sobie, środek moim zdaniem beznadziejny, a końcówka bardzo dobra. Mam wrażenie, jak gdyby "Umrzeć w deszczu" pisane było przez dwóch autorów. Jeden z nich skupia się na emocjach (min opisach scen erotycznych) a drugi na suchych faktach i wypełnieniu całości fachowymi informacjami. Taki maleńki zgrzyt, który doskonale uwidacznia lepsze i gorsze momenty, wenę lub jej brak (moim zdaniem). Wydaje się, że ta historia pisana jest pośpiesznie, bez poprawek, bez krytycznego przyjrzenia się całości. Dostajemy sporo fachowych określeń dotyczących broni i samolotów, ale to wydaje się takie nieważne w tej książce. Coś sobie tam lata, coś wybucha, a mnie to mało interesuje. I chociaż współczuje ludziom, którzy tą wojnę przeżyli i którzy w niej zginęli, to jednak książka nie sprawiła, że przeniosłam się myślami w te lata, w serca tych ludzi.Czyżbym była zbyt wymagająca? Nie wiem, może mi się już w tyłku przewraca i oczekuje Bóg wie czego :)

Książka mnie nie powaliła, była przeciętna, ale pomysł był bardzo dobry. Ogólnie tematyka jak i dramatyczne rozwinięcie można by nazwać wyjątkowo uderzającymi w emocje i psychikę, ale denerwował mnie fakt, że wszystko było takie przewidywalne. Wiedziałam co stanie się z kolejną ukochaną Artura, kim jest piękna dziewiętnastolatka, którą poznajemy na końcu utworu. Przydałoby się to wszystko trochę zagmatwać, tak aby czytelnik nie był w stanie wydedukować biegu wydarzeń. To się nie udało, Książka "Umrzeć w deszczu" nie pobiła "Zauroczenia".

Czytaliście tą książkę? Co na jej temat sądzicie? Czy moglibyście określić ją mianem "najsmutniejszej książki, jaką czytaliście w życiu"? Ja znam smutniejsze historie i chociaż piekło wojny dla każdego człowieka jest traumatyczne i niewyobrażalne, to tutaj jednak czegoś mi zabrakło. Niby mamy ludzką tragedię, klęskę narodu i ogarnia nas współczucie, ale obok tej historii przeszłam lekko obojętnie, nie zawładnęła mną, nie sprawiła, że zaparło mi dech. Chyba jestem nieczuła... no cóż, książka Umrzeć w deszczu nie podbiła mojego serca.

piątek, 14 lutego 2014

Praktyczny kurs szybkiego czytania - Marcin Matuszewski | Recenzja książki

Praktyczny kurs szybkiego czytania - Marcin Matuszewski | Recenzja książki
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się jak zwiększyć szybkość swojego czytania, szukałam na ten temat informacji, próbowałam wodzić wzrokiem po tekście w szybkim tempie, ale to powodowało tylko, że nie rozumiałam czytanej treści. Ostatnio jednak "dorwałam" e-booka Marcina Matuszewskiego "Praktyczny kurs szybkiego czytania".

Praktyczny kurs szybkiego czytania

 Praktyczny kurs szybkiego czytania - Marcin Matuszewski

Wydawnictwo: Złote Myśli
 Stron: 224
Kto z nas, czytelników nie chciałby pochłonąć książki w locie, nie tracąc swojego cennego czasu, a jednocześnie doskonale rozumiejąc przeczytaną treść? Pewnie jest to pytanie retoryczne, bo podejrzewam, ze każdy marzy o tym, żeby szybko czytać, ja również. Tak więc jeśli człowiek czegoś chce, pasowałoby szukać rozwiązania. Szukałam i takie oto e-book w moje ręce wpadł. Właściwie co do czytania samej publikacji, to było ono ekspresowe. Tak, jakby samo otworzenie pliku z e-bookiem nauczyło nas szybkiego czytania, ale to wrażenie jest mylne, gdyż przeczytanie Praktycznego kursu szybkiego czytania, samo przekartkowanie go, nic nam nie da. E-book "Praktyczny kurs szybkiego czytania" to nie książka, to rzeczywiście kurs, a jak na kurs przystało mamy w nim zawarte prawie wyłącznie ćwiczenia praktyczne.

Marcin Matuszewski obiecuje nam, że jeśli przyłożymy się do odrabiania lekcji w nim zawartych będziemy czytać z prędkością 2000 słów na minutę. To bardzo szybko biorąc pod uwagę, że po wykonaniu wstępnego ćwiczenia moja szybkość czytania okazała się wynosić 282 słowa na minutę! Zawsze wydawało mi się, że czytam szybko, ale masz zawsze się trafi taki, co Twoje przekonania podważy :)

Jak szybko można czytać?

Autor uświadomił mnie, że osiągnięcie prędkości 500 słów/minuta to najprostszy wynik jaki możemy osiągnąć przerabiając wyznaczone lekcje. Czyli wychodzi na to, że podwojenie szybkości czytania to najsłabszy wynik, jaki mogę osiągnąć. Myślałam, że czytanie dwa razy szybciej będzie sukcesem, ale autor obiecuje, że mogę czytać 4 razy szybciej! Niebywałe...

Tak jak pisałam wcześniej e-book składa się prawie z samych ćwiczeń, przerobienie ich tak jak należy ma nam zająć 10 tygodni. Jak by nie było jest to dwa i pół miesiąca, ale mam wrażenie, że warto poświęcić te pół godziny dziennie, żeby w przyszłości zaoszczędzić masę godzin, które spędziłabym na wolnym czytaniu. W kursie dominuje kilka ćwiczeń, powtarzają się one co kilka stron.
  • skreślanie liter w tekście
  • żonglowanie (poważnie!)
  • poszerzanie pola widzenia
  • czytanie tekstu w różnych ustawieniach
Oto przykładowe ustawienie tekstu, jakie proponuje nam autor kursu. Na pierwszym obrazku tekst, który musimy płynnie przeczytać nie zwracając uwagi na jego układ, na drugiem tekst, który czytamy tylko poprzez jedno spojrzenie na środek linijki (nie wodzimy wzrokiem na boki, patrzymy na środek tekstu i musimy go przeczytać).

Ustawienie tekstu, który należy przeczytać




Ten tekst czytamy patrząc na środek linijki

Zainteresował mnie jeden cytat znajdujący się w kursie:

Czterysta słów na minutę jest to praktycznie ta granica przy czytaniu, przy której powtarzamy w głowie to, co czytamy.

Zastanawia mnie więc fakt, czy jeśli czytamy szybciej nie powtarzamy czytanego tekstu w myślach? Trudno mi to sobie wyobrazić. Nie mniej jednak mam zamiar podjąć próbę przerobienia kursu i sprawdzić, czy rzeczywiście nauczę się czytać szybciej. Ponoć w pierwszych kilku tygodniach nie zrozumiem tekstu, który będę czytać. Mózg będzie się przyzwyczajał do szybkości, ale nie przerobi treści na tyle, żeby ją zrozumieć. Zrozumienie czytanego tekstu nastąpi dopiero po jakimś czasie, a to oznacza, że moje najbliższe recenzje będą skupiały się do pokazania okładki i autora, wszak nic z książek nie zrozumiem :)

Zastanawialiście się jaka jest szybkość waszego czytania:? Macie motywację, żeby przerobić taki kurs i czytać szybciej?

Ebook "Praktyczny kurs szybkiego czytania" jest dostępny  tutaj (klik).

Jak szybko czytasz, przyda Ci się taka pozycja, czy raczej nie?

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Byłem księdzem. Prawdziwe oblicze kościoła katolickiego w Polsce - Roman Kotliński (Roman Jonasz) | Recenzja książki

Byłem księdzem. Prawdziwe oblicze kościoła katolickiego w Polsce - Roman Kotliński (Roman Jonasz) | Recenzja książki
Do książki "Byłem księdzem" przymierzałam się już od roku. Ciekawiła mnie szczególnie z tego względu, gdyż opisywane w niej zdarzenia rozgrywały się w pobliskiej mojemu miejscu zamieszkania miejscowości. Z faktem istnienia książki zapoznała mnie przyjaciółka, byłam ciekawa jakie też sensację wyniosę po jej lekturze i postanowiłam w wolnym czasie się za nią zabrać.

Byłem księdzem

Byłem księdzem - Roman Kotliński

Wydawnictwo: Glass Plast
Stron: 140

Książka "Byłem księdzem" to jak sam tytuł wskazuje zwierzenia byłego księdza katolickiego. Dopisek prawdziwe oblicze kościoła katolickiego w Polsce sugeruje, że mamy do czynienia z trochę innym podejściem do tematu. Wszak były ksiądz zapewne będzie szczery w swojej relacji i bez ogródek zdradzi nam cóż ciekawego mają nasi wspaniali księża za uszami. Przyznam szczerze, że lektura nie podnosi zbytnio na duchu, ale przejdźmy do meritum sprawy.

 Okładka nie zachwyca, książeczka jest objętościowo niewielka. Może nie gdyby ten wymowny tytuł, trudno by jej było przyciągnąć uwagę czytelnika, ale nie o oprawie będzie dziś mowa, tylko o prawdziwej życiowej historii. Błogosławieństwie i przekleństwie w jednym, plejadzie sprzeczności, zawoalowanej prawdzie i aureoli świętobliwości, która nakrywa grzeszne głowy.

Roman Kotliński vel Roman Jonasz już jako młody chłopiec czuje szczególne powołanie, chce służyć kościołowi i wiernie wypełniać wolę Bożą. Za sprawą tego powołania, tuż po ukończeniu szkoły średniej udaje się do Seminarium Duchownego we Włocławku. Roman pochodzi z rodziny o głębokich tradycjach katolickich, jego rodzice są żywym przykładem oddania Bogu i z nabożną wręcz czcią przyjmują do wiadomości, że ich syn chce zostać księdzem. Młody Roman jest pełen radosnego oczekiwania, jego wiara i powołanie rosną w siłę.

Na tym właściwie kończy się "radosna" część książki. Seminaryjna rzeczywistość stapia się z ideałami, w jakie wierzył młody chłopak i ogólny rozrachunek nie stawia kościoła w zbyt dobrym świetle. Roman wtłoczony zostaje w wielką machinę posłuszeństwa, rygoru i bezduszności, która porywa mu 6 lat jego bezcennej młodości. Seminarium okazuje się być wylęgarnią homoseksualistów, młodych, pełnych ideałów ludzi, którzy nie potrafią poradzić sobie z narastającym w nich popędem seksualnym, tłumią go lub zaspokajają na wszelkie możliwe sposoby. Nie są święci, piją, palą, kradną i utrzymują stosunki seksualne zarówno homo jak i heteroseksualne. System, jaki wychowuje księży pożarł ich odrębność i stłamsił indywidualność, jaką się do tej pory cechowali. Wojskowa wręcz hierarchia, rozkazy i nakazy, wyszczególnione godziny danych zajęć oraz bezwzględne posłuszeństwo czynią z nich ludzkie maszyny zdolne w każdy możliwy sposób obejść system lub się z nim pożegnać
.
Drastyczne wręcz opisy przywołują odrazę, współczucie a jednocześnie złość na skostniały dogmat, jakim podlegają alumni, klerycy i diakoni.
Na pewno „najłatwiej" mieli ci, którzy pogodzili się z samogwałtem oraz żyjący w parach. Tych ostatnich niewątpliwie dobijało ciągłe ukrywanie się ze swoimi uczuciami. Te dwie grupy najczęściej „dogadzały" sobie w łaźni seminaryjnej. Kiedy wieczorami przed zamknięciem gasiłem tam światło widziałem zawsze strugi spermy na ściankach kabin prysznicowych, a w powietrzu unosił się mdły zapach męskiego nasienia zmieszany z unoszącą się parą. Z pewnością większość z nas starała się przynajmniej ograniczać te praktyki. Ojcowie duchowni grzmieli na konferencjach, że najczęściej wyznawanym grzechem na kleryckich spowiedziach jest grzech samogwałtu.

Niesamowite zepsucie kościoła w oczach Romana Kotlińskiego

Książka przyprawia o zawrót głowy, pokazuje zepsucie kościelnej braci już od momentu wkroczenia za seminaryjne mury. Kilkuset młodych chłopców, odciętych od rodziny, pozbawionych możliwości zaspokajania potrzeby bliskości, poniżanych i tresowanych na posłuszne owieczki, to nader bolesny obrazek. Całości dopełnia fakt, że ksiądz Roman po zakończeniu sześcioletniej nauki trafia na swoją pierwszą, prowincjonalną parafię gdzie poznaje późniejsze skutki takiego zamkniętego wychowywania. Pierwszy proboszcz traktuje go nad wyraz "intymnie".
W tym samym momencie ręka Jasia zacisnęła się na moim udzie i szybko przesuwała w kierunku krocza. Zebrałem się w sobie i z całych sił wyrwałem z objęć napaleńca. On zerwał się razem ze mną. Złapał mnie powtórnie za rękę przemawiając mi do serca i rozsądku - „przecież musi to ksiądz jakoś robić; po co samemu... nie pozwolę na żadne kurwy w mojej parafii!!!" Ze łzami w oczach zapewniałem go o mojej przyjaźni i oddaniu, ale nie takim o jakie mu chodzi. „Chcę żyć w czystości!" - krzyczałem zrozpaczony - „...nie minął jeszcze miesiąc od moich święceń!" Do rozpalonego Jasia nie docierały żadne argumenty. Podążał za mną po całym pokoju, mając ciągle nadzieję, że mu ustąpię. Rozpalony do czerwoności zaczął manipulować przy rozporku, a po chwili wyciągnął z niego swoje genitalia - myśląc zapewne, że oczaruje mnie tym widokiem.
Roman ucieka z parafii, w której napalony proboszcz próbuje zaspokoić z jego pomocą swoje popędy. Zostaje przeniesiony do Aleksandrowa Łódzkiego gdzie poznaje prawdziwy klerykalny biznes. Świętobliwych biskupów, którzy bogacą się w każdy, nawet najbardziej uwłaczający roli księdza sposób, prowadzą podwójne życie, jeżdżą drogimi zagranicznymi autami.

Na początku ma się wrażenie, ze autor zły na cały świat i funkcjonujący w kościele system chce przelać całą swoją frustrację na karty pisanej przez siebie książki, ale to błędne założenie. Byłem księdzem to opowieść o zwykłym człowieku, który znalazł się w niezwykłych okolicznościach, o jednostce, która nie potrafiła przeciwstawić się ogółowi. Wreszcie o człowieku, który poszukiwał swojego miejsca w kościele, ale z racji wyznawanych ideałów nie mógł pogodzić się z jego funkcjonowaniem. Kotliński nie potępia, nie szkaluje ludzi, których poznał, on wydaje świadectwo dotyczące faktów. Mówi otwarcie o swoich słabościach, o tym, że niemalże posunął się do praktyk homoseksualnych, wziął w parafii pieniądze "na lewo". Jest tylko człowiekiem i opowiada o innych ludziach, których cześć naszego społeczeństwa gotowa jest nazywać półbogami.

Byłem księdzem daje wiarę, że są jeszcze w naszym kraju księża o czystych sercach, ale od razu nasuwają mi się zdanie, jakie usłyszałam kiedyś na lekcji religii od naszego ówczesnego księdza:
Człowiek bez prawdziwego powołania nie zniesie seminarium.
Dlatego gotowa jestem uwierzyć, że mężczyźni trafiają tam z prawdziwym powołaniem, ale podczas procesu kształcenia ich osobowości zostają na tyle wyprane przez system a umysły zatrute bezmyślnym posłuszeństwem, celibatem i sprzecznościami wiary, że w konsekwencji chrzczą i bierzmują nas pederaści, wielbiący pieniądz a nie Boga. Książkę "Byłem księdzem" polecam i nawet nie ze względu na wyznawaną wiarę lub jej brak, ale zwyczajnie, dla poznania pewnych prawideł i zrozumienia, że sutanna nie oznacza świętość.

Co sądzicie o tej książce? Może czytaliście podobne? Chętnie poznam ich tytuły.

Copyright © Literutopia , Blogger