Miała być piramidka, a będzie raczej spis, gdyż nie miałam możliwości zrobić odpowiedniego zdjęcia. Uwiercie mi więc na słowo, poniższe publikacje to moja piramidka. Napaliłam się na nie strasznie i w najbliższym czasie właśnie te pozycje będę czytać. Kolejność przypadkowa, nie wiem kiedy mnie na co najdzie, w każdym bądź razie przeczytania poniższych pozycji sobie nie odpuszczę. Zaczynamy.
Życie Pi
Życie Pi - Yann Martel
Na tą książkę polowałam już od dawna. Zachwyciła mnie okładka i zaintrygował nieokreślony tytuł. Mam nadzieję, że będzie to ciekawa lektura.
Córki Nipponu nie płaczą
Córki Nipponu nie płaczą - Lakotta Consilia Maria
Kolejna fenomenalna okładka i coraz bardziej zaczynam wierzyć, że jestem zatwardziałym wzrokowcem :) Książka przyciągnęła mnie i obiecuje trochę orientu, odmiennej kultury i tego czegoś, co poszukuje w bibliotekach od dawna - wyjątkowości.
Kod Biblii
Kod Biblii - Michael Drosnin
Tu już okładka nie prezentuje się tak okazale, ale mam nadzieję, że zawartość w pełni ten mankament wynagrodzi. Uwielbiam wszelkie niewyjaśnione historie, a zagadki religijne są jednych z tematów po które sięgam z ogromnym entuzjazmem. Oczekuje kawałka porządnej wiedzy bez pitolenia o tym, co już wiem.
Przez burze ognia
Przez burze ognia - Veronica Rossi
Kolejna książka, którą planuje przeczytać od dawna. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że to będzie coś w moim guście i nie zawiodę się na tej lekturze.
Sztuka przyciągania ludzi
Sztuka przyciągania ludzi - Miłosz Karbowski
Taki sobie poradnik o budowaniu relacji i związkach międzyludzkich. Fachowa, praktyczna wiedza z zakresu bliskiego mojemu sercu. Mam nadzieję, że kogoś ciekawego przyciągnę po lekturze :)
Czy bogowie byli na Ziemi?
Czy bogowie byli na Ziemi? W krzyżowym ogniu pytań - Erich von Daniken
Daniken, czyli zajebistość nad zajebistościami. Mój ulubiony odkrywca - skandalista i jego niesamowite opowieści. Posiadam wiele książek tego autora, ale zbyt mało z nich do tej pory przeczytałam. Chce więcej!
Pozaświatowcy
Pozaświatowcy: Świat bez bohaterów - Barandon Mull
Nowiusieńki egzemplarz powieści Brandona Mulla leży sobie właśnie w zasięgu mojego wzroku i błyszczy. Kusi niesamowicie i już sam tytuł jest dziwnie przyciągający.
Jak podobają wam się moje zaplanowane czytadła? Co czytaliście, co z tego spisu polecacie, a co uznaliście za słabe?
Masz dżina w butelce. Wystarczy tylko, że wypowiesz życzenie.
Jak świat długi i szeroki każdy człowiek marzy o tym, żeby spełnić swoje marzenia. Jedni mają maleńkie, ot takie tyci tyci, inni ogromne i nie ważne jest które jaki ma rozmiar - chcemy, żeby stały się prawdą. Pragniemy dostatniego życia, ukochanych osób, które będą nas wspierać i długich, radośnie przeżytych lat. Marzymy o satysfakcji i poczuciu, że wykorzystujemy swój czas najlepiej jak umiemy. To normalne, tak być musi i powinniśmy o swoje marzenia walczyć. Ba, za jakiś czas powinny one stać się faktem i całkiem namacalną rzeczywistością, czy jak to tam chcemy nazwać. "Sekret" Rhondy Byrne to książka, która pokazuje, że można osiągnąć wszystko.
The Secret
The Secret (Sekret) - Rhonda Byrne
Wydawnictwo: Nowa Proza
Stron: 216
"Sekret" to poradnik, tak poradnik, ale nie taki zwykły, to instrukcja życia i działania. Co prawda nie idealna i oczywiście nie pozbawiona mankamentów, ale jak dla laików pozytywnego myślenia, albo tych, co to dopiero swoje życie zaczynają kreować - idealna. Rhonda Byrne zaczyna swoją książkę tak:
Rok temu zawalił się w okół mnie cały świat. Byłam wyczerpana pracą, zmarł mój ojciec a relacje ze współpracownikami i bliskimi nie przedstawiały się najlepiej. Nie wiedziałam wtedy, że z rozpaczy jaka mnie ogarnęła, zrodzi się najwspanialszy dar. Najpierw przed oczami mignął mi Wielki Sekret - Sekret udanego życia. Dostrzegłam go w liczącej sto lat książce, którą dostałam od mojej córki Hayley. Potem zaczęłam tropić Sekret w minionych wiekach. Nie mogłam uwierzyć, że znało go tylu ludzi. Były to największe postaci w historii: Platon, Szekspir, Newton, Hugo, Beethoven, Lincoln, Emmerson, Edison, Einstein.
Zanim przystąpiłam do czytania Sekretu, obejrzałam bestsellerowy film nakręcony na jego podstawie. To zapoczątkowało moje zainteresowanie Sekretem i niedługo później trafiłam na wydanie książkowe. Przyznacie, że początek książki sprawia, że włos się jeży. Uwielbiam takie początki, mało tego, uwielbiam takie treści i może są one komercyjne, rozdmuchane, ale jak działają. Nie sposób przejść obok nich obojętnie.
Dawni przywódcy, którzy znali Sekret, pragnęli zachować władzę nie dzieląc się nią. Nie zdradzali nikomu Sekretu. Ludzie szli do pracy, wykonywali swoje obowiązki, po czym wracali do domu. Żyli w codziennym kieracie, pozbawieni siły, Sekret bowiem znali tylko nieliczni. Było w dziejach świata wielu ludzi, którzy pragnęli posiąść wiedzę o Sekrecie, i wielu, którzy znali sposób by tę wiedzę dać światu.
Sekret największych ludzi tego świata
Osoba, która zaczyna czytać książkę Sekret i nie jest zaznajomiona z filozofią rozwoju osobistego, albo wytrzeszcza oczy w zdziwieniu, albo kiwa z niedowierzaniem głową. To całkiem zrozumiałe, książka wszak komunikuje nam, że możemy osiągnąć wszystko o czym tylko marzymy. Jej poszczególne strony ujawniają zasady, jakimi kierowali się w życiu najmożniejsi ludzie tego świata i zapewniają, że my również możemy osiągnąć ich poziom. Ile w tym prawdy, a ile pobożnych życzeń, to już musicie rozgraniczyć wedle własnego mniemania.
Dziwnie może nam się zrobić, gdy ktoś oznajmi, że wszystko, czego doświadczyliśmy w życiu sami dla siebie wykreowaliśmy i nie ma zmiłuj, ale jesteśmy odpowiedzialni za wszelkie nasze niepowodzenia. Trochę dupowato, co? Człowiek chciałby wierzyć, że jak mu się coś nie udaje, to jest to winą pogody, złego horoskopu, czy najzwyczajniejszego pecha, a tu masz - my sami jesteśmy winni...
Podążając tym tropem mamy możliwość kreowania wszystkiego tak, aby wieść bajkowe życie i nie musieć już nigdy narzekać. Powiecie ok, ale jak to zrobić. No i w tym momencie oczom waszym ukażą się następujące zalecania:
Naszym zadaniem jako istot jest bezustanne myślenie o tym, czego chcemy, sprawianie, by to, czego chcemy było w naszym umyśle absolutnie jasne i dokładnie określone, tym samym ożywiamy jedno z największych praw we Wszechświecie, prawo przyciągania.
To, co teraz myślisz, tworzy Twoje przyszłe życie. Tworzysz je swoimi myślami. Ponieważ myślisz bezustannie, tworzysz też bezustannie. To, o czym myślisz najintensywniej, albo na czym skupiasz się najbardziej, ujawni się jako Twoje życie.
W czym tkwi sukces tej książki?
Przede wszystkim przyjazna dla oka okładka i podparcie materiałem w postaci filmu (wszak kiepskich książek nikt nie ekranizuje). Na koniec zaś wisienka na torcie, czyli potencjalne zyski, jakie możemy osiągnąć po przeczytaniu tej publikacji (czytaj: zdrowiem, kasa, laski/faceci itd.) Czytając opinie o tej książce i rozmawiając na jej temat, spotykałam się z niepochlebnymi ocenami, że to wymysły, że naciąganie i mamienie ludzi. No tak, wszystko w dzisiejszym świecie nosi znamiona takiego postępowania, więc nie trudno się dziwić, ale ten czytelnik, który szuka konkretnych rozwiązań, na pewno je w Sekrecie znajdzie.
Rhonda Byrne stworzyła w moim przekonaniu ciekawy utwór, sposób w jaki
go odbieram odzwierciedla oczywiście moje przekonania i wiarę, jaką
żywię, ale początkujący w tej materii też wiele z niej wniosą. Dla
weteranów samorozwoju będzie ona natomiast doskonałym utrwaleniem
materiału i motywatorem do kolejnych działań. Mogłabym o tej książce
pisać długo, ale po co, skoro i tak nie przedstawię jej zalet w swojej
krótkiej recenzji. Najlepiej będzie, jeśli sami jej spróbujecie.
Osobiście wierzę w to całe przyciąganie, lubię to i nieskromnie mogę się pochwalić, że posiadam jakieś tam "przyciągnięcia", co nie zmienia faktu, że nie na każdego Sekretowe rady podziałają. Z pewnością będą ciekawą odskocznią od zwykłych lektur, nie spodziewajcie się jednak kwiecistej mowy. Sekret jest zbudowany z wypowiedzi praktyków, którzy stosują w swoim życiu filozofię (jeśli można ją tak nazwać) prawa przyciągania, które pokrótce brzmi: doświadczasz tego o czym najczęściej myślisz.
Ja myślę ostatnio często o blogu, no i cóż nie będzie odkryciem Ameryki fakt, że coraz częściej go doświadczam, ale to przede wszystkim wasza zasługa. Czytacie moje tekstu, komentujecie, lajkujecie i jakoś to się wszystko kręci. Idąc ścieżką pozytywnego myślenia chciałabym was wszystkich z tego miejsca serdecznie pozdrowić :)
Na koniec jeszcze wizualizacja skonstruowana na podstawie książki i filmu The Secret. Obejrzyjcie i dajcie znać, co sądzicie o książce.
Jakiś czas temu trafiłam na bloga, który w zakładce Współpraca miał mniej więcej taką treść:
To jest blog niezależny. Proszę o nieprzysyłanie mi propozycji współpracy ani książek do zrecenzowania.
Za Chiny ludowe nie mogę przypomnieć sobie adresu tego bloga, gdyż zniesmaczona wyszłam z niego tak szybko, jak się tam pojawiłam. Spytacie dlaczego, już spieszę z wyjaśnieniem.
Masz niezależnego bloga?
"Blog niezależny" i "nieprzysyłanie ofert współpracy i książek" - jakby nie patrzeć na to zestawienie, autor jasno wyraził swoją opinię na temat współpracy blogerów z wydawnictwami, sugerując, że blogi, które współpracę zawierają, nie są niezależne. I tu mnie właśnie krew ciężka zalała i stwierdziłam: Dosyć, opuszczam to miejsce!
Współpracuje w wydawnictwami, owszem i otrzymuje od nich książki do recenzowania. Taki nasz układ, wszyscy blogerzy wiedzą, o co chodzi. Nie ważne, czy nam się książka podoba, czy nie - ważne, by było o niej głośno, a kto zrobi to lepiej niż książkowy bloger? My robimy coś dla wydawnictw i one robią coś dla nas. Recenzja za książkę, jasno i klarownie. To jest fenomen, bo książki są różne i nawet kiedy ja wyrażę się o jakiejś niepochlebnie, nie oznacza to, że komuś innemu się nie spodoba. Prostym przykładem jest 50 twarzy Greya. Masa ludzi pisze, że to chłam, a jednak czytelników znajduje ta książka, więc my, blogerzy nie jesteśmy wyrocznią w tej kwestii. Zapewniamy książce reklamę, a to, czy będzie ona poczytna, nie zależy od naszej recenzji, albo zależy w minimalnym stopniu.
Zawsze podejmując współpracę, komunikowałam jasno, że nie piszę recenzji pod publiczkę, wyrażę swoją opinię o książce tak, jak ona na to zasługuje w moich oczach i nie będzie sikania z zachwytu, jaka to ona nie jest wspaniała i cudna, podczas gdy w rzeczywistości okaże się gniotem. No way! Na to się nie godzę i wydawnictwa, z którymi współpracuje, znają moje zdanie. Nigdy nie wprowadzę w błąd swoich czytelników, byłoby to nie tylko oszukiwanie ich, ale samej siebie.
Nie każdy jednak wierzy, że tak właśnie recenzujemy. Dla niektórych jak widać bloger, który otrzymuje książki, nie jest niezależny. Jasna cholera, no gorzej chyba nie można było tego określić. Siedzi sobie taki bloger/blogerka i szczyci się tym, że ma blog niezależny. Ja też mam, mimo że z wydawnictwami współpracuje, a określanie innych mianem zależnych jest niesłychanie krzywdzące.
Nie wnikam w to, jak kto się z wydawnictwem dogadał, na jakich zasadach, terminach itd. Nie obchodzi mnie to, to prywatna sprawa, ale nadal nie zmniejsza to we mnie pogardy i złości na autora zamieszczonego u góry cytatu.
Drodzy blogerzy, czujecie się zależni od wydawnictw? Czujecie, że wasze blogi nie są do końca wasze, a opinie kreowane są pod wydawców książek, które otrzymujecie? Oni może i chcieliby pochlebnych opinii, ale żeby mówić o zależności w tym przypadku? Nie, to nie jest dobry tok rozumowania...
Stare błędy zawsze odzywają się po latach. Niedotrzymane obietnice tkwią zadrą w sercu...
Deszczowa pogoda sprzyja kryminałom, tak, wychodzę z takiego założenia i dlatego właśnie postanowiłam sięgnąć po książkę "W ofierze Molochowi". Powieść Asy Larsson leżała na mojej półce już kilka miesięcy i domagała się poświęcenia jej uwagi. A że ja nie lubię jak się mnie długo prosi, zgodziłam się bez namysłu.
W ofierze molochowi
W ofierze Molochowi - Asa Larsson
Wydawnictwo: Literackie
Stron: 368
Niedźwiedź napada na psa i rozszarpuje go. Myśliwi tropią zwierza i gdy w końcu wpada on w ich ręce, okazuje się, że w jego wnętrznościach znajduje się ludzka ręka. Tak mniej więcej się książka zaczyna. Spokojnie, a jednocześnie dosyć intensywnie zostajemy wciągnięci w historię siedmioletniego Marcusa Uusitalo. Chłopiec najprawdopodobniej był świadkiem brutalnego morderstwa swojej babci. Marcus i jego rodzina wydają się tkwić w sidłach klątwy, która po kolei i z wielką konsekwencją odbiera życie każdemu członkowi rodziny. Ojciec chłopca zostaje potrącony przez samochód, dziadek ląduje w żołądku niedźwiedzia, matka go opuszcza jeszcze w dzieciństwie, a ostania opoka, babcia Sol Britt dokonuje życia we własnym łóżku zadźgana dziwnym narzedziem. Marcusem zajmuje się na czas śledztwa jeden z policjantów a prokuratorka Rebeka Martinsson próbuje rozwikłać zagadkę śmierci Sol Britt.
W tym samym czasie Asa Larsson przedstawia nam historię Eliny Patterson, młodej nauczycielki, która wiosną 1914 roku jedzie pociągiem do Kiruny. W jej sercu płoną nadzieje i radość. Chce lepszego życia, chce swobody, dostatku i miłości. W pociągu poznaje dysponenta Hjalmara Lundbohma. Króż mógłby sądzić, że właśnie ta chwila jest kanwą historii, w którą wmieszany jest Marcus i cała jego rodzina...
Książka W ofierze Molochowi to dobry, stonowany kryminał. Dialogi są naturalne, nie musimy borykać się ze zbędnymi opisami i nic nie znaczącymi wątkami. Czyta się lekko i wygodnie, głównie ze względu na wyjątkowo udany układ książki. Pozwólcie, że wam go zobrazuje.
Układ wydruku książki
Kiedy czytamy książkę W ofierze Molochowi nie musimy rozchylać mocno kartek, gdyż pole tekstowe jest odsunięte od marginesów na dość sporą odległość. Skutkuje to tym, że książka staje się objętościowo większa, ale komfort czytania jest nieporównywalnie lepszy. Po przeczytaniu książka wygląda nadal jak nowa. Co do okładki, jest chyba najmniej udanym elementem książki. Widziałam inne publikacje Asy Larsson i ta wizualnie prezentuje się najgorzej, jednak treść rekompensuje nam wszelkie niedociągnięcia.
Dobra, czy średnia? Jaka jest książka W ofierze Molochowi?
Książka jest dobra, no może nie powalająca, ale dobra, porządnie wykonana i dobrze napisana. Ogromnym jej plusem są dwie płaszczyzny wydarzeń. Pierwsza to poszukiwanie zabójcy Sol Briit, a druga to historia Eliny i Hjalmara. Nie ukrywam, że historia sprzed lat, ta, która toczy się na przestrzeni lat 1914-1926 była dla mnie o wiele ciekawsza. Dopingowałam nauczycielkę w jej walce o marzenia i szczerze polubiłam jej współlokatorkę Kruszkę. Kruszka to dziewczyna z którą bardzo chętnie bym się zaprzyjaźniła. Pracowita, mądra mimo braku wykształcenia, niesamowicie pogodna i... no właśnie. Gdyby nie jej upór i serce nigdy nie poznalibyśmy Marcusa.
Czytałam kilka opinii o tej książce zanim po nią sięgnęłam, niestety nie udzielił mi się surowy klimat w jakim osadzona jest powieść, znacznie łatwiej go odczuć śledząc losy Eliny niż poznając Szwecję w czasach obecnych, ale tłumaczę to różnicą pokoleniową. Wszak dzisiaj ludzi potrafią oswoić niekorzystną aurę i przystosowani są do niej lepiej niż 100 lat temu. Równie dobrze powieść mogłaby się toczyć w Stanach Zjednoczonych, czy nawet w Polsce w czasie mroźnej zimy. Tytułowy Moloch jest raczej taką podpuchą. Sądziłam, że treść książki będzie z nim nierozerwalnie związana, ale jego obecność jest w utworze raczej metaforyczna. Jest pewnym przekazem, ale jakim, tego już nie mogę wam powiedzieć, bo czytanie nie miałoby sensu.
Warto sięgnąć po książkę W ofierze Molochowi. Ja po przeczytaniu stwierdzam jasno, że z pewnością wrócę jeszcze do tej autorki. Mimo, że prokuratorka Rebeka Martinsson nie przypadła mi zbytnio do gustu, jej obecność w powieści nie jest aż tak znacząca. Owszem jest ona tropicielką zbrodni, ale sama historia przyćmiewa ją i wychodzi to utworowi na plus. Dodatkowym minusem jest mnogość postaci, czasami trudno połapać się kto jest kim, a ja w kwestii ilości bohaterów preferuje raczej minimalizm.
Refleksje jakie nasuwają mi się po lekturze, to znaczenie jakie w naszym życiu odgrywają prawdziwi przyjaciele i miłość, której nie zawsze powinno się ufać. Asa Larsson pięknie pisze o tym w jednym z fragmentów:
Miłością trzeba się zaopiekować kiedy przychodzi. Bo nagle się okazuje, że przeżywasz ją ostatni raz. A wszystko inne to tylko wiatr.
Czytaliście "W ofierze molochowi"? Jakie są wasze przemyślenia dotyczące tej książki?
A co gdyby okazało się, że Twoje życie nigdy nie istniało?
Od jakiegoś czasu jestem subskrybentką newslettera autorskiej strony Aleksandra Sowy. Otrzymałam dziś wiadomość autorespondera, w której był link do możliwości przedpremierowego pobrania e-booka pt. Zauroczenie. Wiedziona ciekawością pobrałam i przepadłam.
Zauroczenie
Zauroczenie - Aleksander Sowa
Wydawnictwo: Self-Publishing Wydawca
Stron: 131
Zaczęłam czytać. Pierwsze 6 rozdziałów zalatywało mi trochę nudą i konwencjonalnością, ale na szczęście rozdziały tego e-booka są krótkie i część, która nie przypadła mi o gustu, minęła bardzo szybko. Od 7 rozdziału pogrążyłam się w tę książkę bez pamięci. Możecie mi wierzyć albo nie, ale przeczytałam ją w dwie godziny, nawet nie zmieniając przy tym pozycji. Teraz kiedy pisze tę recenzję, czuję, że nadal mam ścierpnięte nogi.
Pierwszoosobowa opowieść Julii targnęła wszystkimi moimi emocjami. Od smutku, po żal, zazdrość, smutek i współczucie. A było to mniej więcej tak. Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy klnąca niemiłosiernie kobieta opowiada nam, że nie lubi Nowego Roku. Obok śpi jej mąż i denerwuje mnie trochę, że nie zwraca na nią uwagi. Po chwili jednak przeskakujemy do wspomnień kobiety, którą jest nieśmiała Julia, dwudziestolatką studiującą na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Julia opowiada nam, jak poznała Igora, przystojnego chłopaka, w którym bez pamięci się zakochała. Igor odwzajemnił jej uczucia i niebawem zaczęli tworzyć szczęśliwą, rozumiejącą się bez słów parę. Do tego momentu jest w miarę nudno, jednak my posuwamy się w lekturze dalej i okazuje się, że Igor co jakiś czas opuszcza Julię, wyjeżdża z Wrocławia, rzekomo po to, by pomagać ojcu. Rzeczywistość wygląda jednak tak, że odwiedza swoją byłą dziewczynę i po jakimś czasie... Więcej wam nie powiem.
Książka "Zauroczenie" - mnóstwo emocji
Jestem zszokowana, zachwycona i nie szczerze mówiąc, nawet nie wiem jak składnie napisać swoją opinię. Jeśli będzie ona chaotyczna - wybaczcie, to będzie najlepszy dowód na to, jakie wrażenie wywarła na mnie ta książka. Jest genialna, tak mówię to z pełną świadomości, ale nadal pod wpływem jej czaru. Sposób, w jaki autor opisuje miłość ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami, nakazuje mi sądzić, że bardzo dobrze wie, jak ta materia wygląda. Tylko prawdziwe doświadczenia są w stanie wydać na światło dzienne taki utwór.
Zanotowałam kilka cytatów z książki. Nie kierowałam się ani ich mądrością, ani błyskotliwością, wynotowałam po prostu to, co wydało mi się ważne.
Pachnie tym co przeżył. Bo to się zawsze w człowieku odkłada. I można to wywąchać, wydotykać, wypatrzeć lub wysmakować.
Nie ma twardzieli a nawet najwięksi z nich, nawet najgorsze dziewczyny, bywa, że kurwy, wreszcie się zakochują. Wszyscy bez wyjątku karły, złodzieje, bankowcy, księża, nawet mordercy. A potem każdy słabnie, staje się bezbronny w swoim uczuciu , jak wykluwający się owad, odsłaniający miękkie powłoki ku niezliczonym wrogom, łamie swój kręgosłup i idzie na dno.
Prawda o własnej śmierci dochodzi do człowieka później niż myśl, że ktoś do trumny założył mu chujowe buty.
Czar miłości, zranione uczucia, lęk przed samotnością i stracone nadzieje. To wszystko znajdziecie w tej książce, ba może doszukacie się w niej czegoś więcej, wspomnień własnej nieszczęśliwej miłości, obaw, jakie niesie nam życie każdego dnia. Nie będzie lekko, ale dacie radę. Podźwigniecie życie Julii choćby z tego względu, że czyta się szybko. Kilkanaście lat z życia głównej bohaterki skoncentrowane zostało do 131 stron i jestem absolutnie pewna, że nie dało się historii ani skrócić, ani wydłużyć. Jest idealna, bez rozdmuchiwania, bez irytujących skróceń. Wewnętrzny monolog, różne perspektywy, zwroty akcji. Będzie wszystko, tylko dajcie szanse Zauroczeniu. Styl w jakim pisana jest ta książka, przekaz, sama historia to trafiło do mnie lepiej niż jakakolwiek książka na przestrzeni dwóch, może trzech lat, a trochę się ich przez moje ręce przewinęło. Jednak nigdy nie taka, nie czytałam jeszcze czegoś podobnego. Cholera i mam wrażenie, że długo jeszcze nie przeczytam.
Nie ma się do czego przyczepić
Studiowałam ją wnikliwie, z wypiekami na twarzy, krytycznie i drobiazgowo. Chciałam na siłę się czegoś uczepić, nie mogłam dopuścić myśli, że trochę ponad 1 MB pamięci komputerowej jest w stanie tak mną zawładnąć. Mogę przyczepić się tylko do dialogów, czasami były oklepane, ale tak jak pisałam wcześniej - tylko do 7 rozdziału, później było fantastycznie i kiełkuje mi w głowie myśl, żeby pomolestować pana Sowę o inne jego prace :)
Ciśnienie mi skoczyło, tak i chyba konieczną będzie przerwa na papierosa, a co mi tam, Julia też paliła, kiedyś się wzbraniała przed nałogiem. Ja też i modlę się, żeby była to jedyna rzecz, która może mnie z nią łączyć. Zauroczenie Aleksandra Sowy będzie chyba powodem moich problemów z sercem. Najwyżej pozwę go do sądu, napisał, to niech płaci zadośćuczynienia...
Nie spytam, czy czytaliście, bo zapewne jestem jedną z pierwszych osób, która to uczyniła, ale chętnie dowiem się, czy macie zamiar przeczytać?